3 wrz 2017

• t w o •





NIE MOGŁA W TO UWIERZYĆ. Po prostu nie mieściło się jej to w głowie. Straciła całkowicie szacunek do swojej zmarłej już przyjaciółki, która najwyraźniej straciła ogładę przed śmiercią i spisaniem listu pożegnalnego. Oczywiście, potrafiła zrozumieć, dlaczego wybrała ją jako tymczasową opiekunkę dla dziewczynek, no bo w końcu nikogo innego nie miała, ale co do tego wszystkiego miał Klaus? Co takiego zrobił, że Bonnie obdarowała go tak wielkim zaufaniem, oddając mu pod skrzydła, najukochańsze córki?
Co za bzdura. To było ukartowane z góry.
— Jak to możliwe? — zacisnęła zęby, obserwując Klausa, który ze znanym mu uśmiechem, rozpierał się na krześle, rzucając jej jakże nieodpowiednie spojrzenie. Wciąż w jego głowie odgrywała się scena z przed toalety. Zwłaszcza moment, w którym jego usta niemal zetknęły się z jej. — Dlaczego Bonnie oddała ci pod opiekę dziewczynki? Nie była nawet przekonana, aby oddać je mi, ale ty? To jest jakiś nieśmieszny żart!
W pomieszczeniu panowała uporczywa cisza, przerwana jedynie sapaniem kobiety, która z wielką przyjemnością sztyletowała hybrydę wzrokiem. Pukle, kręconych włosów podskakiwały z każdym oddechem, który łapała w płuca jakby był ostatnim w tym życiu.
— Może jesteś nieodpowiednia do roli niani, Caroline. Brałaś to pod uwagę? — zadrwił, uśmiechając się niemal chłopięco z czego w jego policzkach pojawiły się dołeczki. Podniósł się z krzesła, i natarł dłońmi powierzchnię stołu, nachylając się w stronę Forbes.
— Jesteś bezczelny, Klaus. Wiesz o tym? — burknęła, plując sobie w myślach, prosto w brodę, że dała się wciągnąć w tą bezsensowną rozmowę. — Nie mamy o czym rozmawiać, ja biorę do siebie dziewczynki, a ty się zajmij swoimi sprawami, w porządku?
Parsknął głośno, przechylając głowę na bok, tak jakby chciał przewiercić wzrokiem swoją ukochaną. Z całą pewnością był ciekaw co tak naprawdę skrywała za tą maską, dojrzałej kobiety. Pamiętał ją zza czasów siedemnastoletniej dziewczyny, myślącej o collegu. Była pełna ambicji, pasji, marzeń i pragnień. W jej oczach widział cień dawnej Caroline Forbes, ale teraz była po prostu inna.
Dojrzalsza, przebieglejsza, stonowana i co najważniejsze, odpowiedzialna. I Klausowi podobało się to jak najbardziej.
— Jesteś piękna, gdy się złościsz — odparł gładko, sunąc językiem po dolnej wardze. Spragniony wrażeń wzrok Caroline obserwował jak z lekkością sunie, po miękkiej wardze, której raz zasmakowała. — Caroline...
Potrząsnęła głową, patrząc w sufit oraz każdy kąt pomieszczenia, unikając przy tym jego osoby w pełnej krasie.
Co ona do diabła wyprawiała? Praktycznie była gotowa oddać mu się na tym stole, niczym panna lekkich obyczajów. Ale, cholera, skąd miała wiedzieć, że się pojawi na pogrzebie? Że zostanie pełnoprawny opiekunem dziewczynek? Że będzie ją tak podjudzał, aż w końcu nie wytrzyma i się na niego rzuci?
— Nie, Klaus, do diabła z tym wszystkim. Nie zamierzam się z tobą bawić w jakieś chore gierki, które teraz prowadzisz. Mam to gdzieś, ale nie wplątuj w to dziewczynek, jasne? Masz mi coś do powiedzenia, zrób to teraz. Rozwiążmy to raz na zawsze — wydała wyrok, zaciskając zęby tak mocno, iż była pewna, że dźwięk tarcia szkliwa o szkliwo słychać niczym dzwony mszalne.
— W porządku, jak sobie życzysz, kochanie — stanął przed nią, w wampirzym tempie przemieszczając się ze swojego miejsca, za kobietę. Musnął szorstkimi palcami odkryte ramiona, podążając niżej, do rozpięcia sukienki. Jego miętowy oddech, zakołysał kosmykami przy różanym policzku blondynki. Przycisnął usta do zakrytego ucha, szepcząc głęboko. — Tęsknisz za mną, prawda?
Wstrzymała oddech w płucach, gryząc się w język, aby nie puścić brzydkiej wiązanki przekleństw w jego stronę. Strzepnęła niechciane dłonie z ramion i odwróciła się, stając twarzą w twarz, z prawdziwym odzwierciedleniem diabła. Ich oddechy się mieszały ze sobą, tworząc mieszankę mięty, jaśminu i kawy. Czubki nosów stykały się ze sobą końcami, a oczy wysyłały gorące spojrzenia. Szybkie palce Klausa bez problemu znalazły odkrytą skórę ud, łapiąc je mocno w swoje dłonie i pchnął, nic nie mówiąc, na stół, pozwalając wampirzycy usiąść.
— Klaus — sapnęła ciężko, gdy jego usta napotkały biegnącą przez szyję, główną żyłę. Tętnica pulsowała od ilości pompowanej krwi. Jego zęby, sunęły w górę i w dół, badając miękkość alabastrowej skóry. Kąsał lekko, zostawiając czerwone ślady. — Klaus...
Na dźwięk otwieranych drzwi, pierwotny nie zwrócił uwagi, tak jak Caroline się spodziewała. Zagryzła wargi, uciszając wewnętrzny jęk protestu. Nie mogła, do cholery! To był Klaus! Gość, który wymordował większą liczbę ludzi na ziemi. Gość, który groził, że zabije jej przyjaciół. Gość, który skazał ją na śmierć kilka razy.
Ale...to był Klaus. Znała go, widziała w nim dobro, kiedy inni widzieli złą maskę. W końcu uleczył ją kilka razy, choć nie musiał. Przyznał, że ją kocha. Dwa razy. Chciał być jej ostatnią miłością, nie ważne jak długo będzie musiał czekać.
A co najważniejsze, wybrał ją zamiast zemsty. Nie tak jak Tyler.
To ona była na pierwszym miejscu. Nie Elena.
To ona była dla niego najważniejsza. Nie jego brat.
Zależało mu, więc odszedł, dotrzymując jej obietnicy. A ona zakochała się w nim. Darzyła go ciepłym uczuciem, od samego początku. Ale zrozumiała to za późno, aby się wycofać.
— Klaus!
Wkurzona i zaczerwieniona na twarzy, odepchnęła go od siebie na tyle mocno, że cofnął się o kilka kroków. Jego wyraz twarzy nie zmienił się o choćby odrobinę. Oczy barwy lazurowej, kryły w sobie obietnicę. Zamierzał dokończyć to co zaczął.
— Panno Forbes, Panie Mikaelson — odezwał się czarnoskóry mężczyzna stojący w drzwiach pomieszczenia, niepewny czy wejść, czy wycofać się. — Papiery są już gotowe. Podpisuje Państwo?
Caroline poprawiła wygniecioną sukienkę i rzuciła zgorszone spojrzenie Klausowi. Że też akurat musieli ich nakryć; urzędnik i dziewczynki
— Tak, podpisujemy.

GOTOWEURZĘDNIK UŚMIECHNĄŁ SIĘ SZEROKO i podał dłoń każdemu po kolei. Jego marynarka do końca nie zakrywała brzucha, więc gdy pozwolił sobie pochylić się nad stołem, aby podać dłoń Caroline, dziewczynki jęknęły z obrzydzenia i zachichotały. — Są państwo od teraz zastępczymi rodzicami córek Panny Bennett. W takim razie, do widzenia i życzę powodzenia.
Kiedy ten uśmiechnięty odszedł, Klaus z wilczym wyrazem twarzy, spojrzał na dziewczynki i zbierającą się z miejsca, blondynkę.
— Jedziecie ze mną — zapiął mankiety przy krańcach rękawów marynarki i spojrzał na złą minę kobiety. Nie mógł się nie uśmiechnąć. Bowiem takiego daru nie miał nikt, oprócz Caroline, która nawet będąc poważną, potrafiła rozbawić Klausa do granic możliwości.
— Że słucham?
Panna Forbes nie wierzyła swoim uszom.
— Jesteś bezczelny! — fuknęła na niego, zbierając niemal swoją szczękę z podłogi.
— A ty uszczypliwa, a teraz, drogie panie — podszedł do drzwi i otworzył je szeroko, wskazując ręką na wyjście, uśmiechnął się szeroko. — jedziemy do mojej rezydencji.
Nastolatki zachichotały i ruszyły naprzód zostawiając rozłszczoną przyszywaną matkę, która przechodząc obok Klausa, z aroganckim uśmiechem, stanęła na jego stopie w pięknych czarnych obcasach.
— Ups! Mój błąd — burknęła i ruszyła za dziewczynkami, starając się uparcie zignorować śmiech pierwotnego, który wprawiał ją w nieprzyzwoite myśli.
Ale trudno było się samemu nie uśmiechnąć.
Rzadko kiedy Klaus się śmiał.